Jesteś tu
Strona domowa > Aktualności > Z życia mamy, czyli dlaczego się spóźniam?

Z życia mamy, czyli dlaczego się spóźniam?

Z życia mamy, czyli dlaczego się spóźniam?
5 (100%) 1 głosów

Generalnie to jest czas na prawdziwy coming out. Spóźniałam się zawsze. Odkąd pamiętam, na spotkanie zawsze leciałam z rozwianym włosem, niedopiętą torebką i wywalonym jęzorem, by tylko domknąć się w akademickim kwadransie. Wiem, obciach straszny i wada, z którą należy walczyć do upadłego.

Dlaczego się spóźniam z dzieckiem

Niestety spóźnianie mam we krwi. Moi rodzice, jak gdzieś mają się wybrać, to głowa boli. Same przygotowania, choćby zaczęły się o 4 nad ranem, i tak spalą na panewce. Zawsze jest za dużo spraw zostawionych na ostatnią chwilę. Za długo czyta się gazetę przy śniadaniu. Kawa z herbatą jakoś niemiłosiernie długo się parzą. No i trzeba 3 razy skorzystać z łazienki przed wyjściem, bo kto wie, czy będzie gdzieś po trasie WC? A kiedy już wszyscy stoją przy samochodzie, ubrani i zapięci pod sam nos, z torbami pod pachą i ładują wszystko do bagażnika, wtedy ceremonia przechodzi w kolejną fazę. Fazę „Kochanie, gdzie moje dokumenty?” i „A gdzie są klucze?”. Wszyscy więc rzucają wszystko i biegają po domu w obłędzie, szukając kluczy z dokumentami. I tak jest zawsze, odkąd pamiętam.

Teraz rozumiesz, co to znaczy wyssać spóźnialstwo z mlekiem matki. Walczyłam z nim zawsze. Szło średnio. O dziwo, teraz idzie mi znacznie lepiej. Mam świadomość, że nie wszystko zależy ode mnie, więc do przygotowań dokładam margines. Na zmianę pieluchy, przebranie się i inne drobne wpadki.

Nie znaczy to, że nie spóźniam się wcale. Ale z dzieckiem, to nie jest aż taki duży grzech. A zresztą, zobacz, jak wygląda ostatni kwadrans, przed naszym wyjściem (przytoczę kilka wariantów):

Dzień 1.

Cholera. Jak na złość, Mały dziś ma melodię do spania. Nie mogę go dobudzić. Jest więc potwornie marudny i wisi mi na nodze, kiedy próbuję dokończyć makijaż. Ha! I zrób sobie teraz kreskę eyelinerem! 🙂 Na szczęście jego uwaga kieruje się na przemeblowanie w łazience. Rwie już drugą rolkę papieru na kawałki. I co, zaczniesz go strofować? To nie zdążysz naciągnąć majtek na tyłek, bo przypomni sobie o nodze. Potem w ruch idą szafki. Wyrzuca wszystko na podłogę. Całe 4 m2 wolnej przestrzeni zaczyna być prawdziwym poligonem. Do wanny wrzuca ręczniki i przechodzi do zabawy mopem.

Biegnę do pokoju po ubranie, on leci za mną. Przewraca się o stertę ciuchów, które wyciągnął z pralki. Wielki płacz, bo guz na głowie gotowy. Trzeba rzucić wszystko. Przytulić. Ucałować. Otrzeć łezki. Wysłuchać monosylabowego tłumaczenia, co się właśnie stało i jak bardzo boli. Podmuchać obolałe miejsce. Tulić, aż łezki przestaną lecieć.

Dzień 2.

Jesteśmy gotowi na rychłe wyjście. Ja, ubrana i umalowana. Synek, najedzony, przebrany, spakowany. Jeszcze tylko picie dopakuję i… Wielki krzyk, bo pić się chce strasznie. Teraz i natychmiast. Daję więc niekapka, bo bezpieczny. Nie rozleje się. Niestety niekapek ma jedną wadę – zassane picie zostaje w rurce, która wesoło chlapie sokiem w każdą stronę. Na buzię i na ubranko. Trzeba się umyć i przebrać. Gdy już jesteśmy gotowi i zakładamy buty dochodzi do mnie informacja, że soczek właśnie zostawił przesyłkę. I znów trzeba się rozebrać. Umyć. Przebrać.

Dzień 3.

Jesteśmy prawie gotowi. Krzątam się jeszcze tylko po domu, by spakować nam torbę na wyjście. Co wyjdę z pokoju, by coś donieść, Synek wyjmuje to, co już spakowałam. A gdy wreszcie udaje mi się mu wszystko zabrać i znów upchnąć, to dobiera się do mojej torebki. Nim zdążę się połapać, skąd ta nagła cisza, już słyszę brzdęk kluczy i monet wypadających z portfela. W czasie, gdy ogarniam swoje rzeczy z podłogi, Mały biegnie do lodówki i głośno, bardzo głośno manifestuje, że zrobił się głodny. I nie wyjdziemy, dopóki nie zje. Koniecznie musi być to kawałek kiełbasy z keczupem, bo to sobie upatrzył. A potem mus owocowy w saszetce, który jak zwykle ściska za mocno i zbyt szybko. Wszystko ląduje na ubraniu. Nasz margines czasu na „shit happens” jak zwykle zostaje przekroczony.

Dzień 4.

Ostatnie poprawki makijażu i fryzury przed wyjściem. Torby spakowane, stoją bezpiecznie wysoko i czekają na wyjście. Mały już właściwie zakłada buty. To nic, że zimowe. Zaraz mu zmienię. Dzwoni telefon. Mama pyta, co u nas. „Aha, właśnie wychodzicie. To opowiem Ci tylko szybko o…”. Mija dobre 5 minut, więc przyspieszam obroty.

Już w pełnym rynsztunku szukam kluczyków do samochodu. Wolę mieć je pod ręką, gdy będę szła z torbami i Synem pod pachą. Nie ma kluczyków! Cholera, dzień wcześniej Ślubny przynosił zakupy z bagażnika. Może zapomniał mi je oddać. Dzwonię. „Nie, odłożyłem Ci do torebki”. Wyrzucam po raz 3 wszystko z torby i nic. Odruchowo badam jeszcze przestrzeń wokół miejsca, gdzie zwykle ją zostawiam. I bingo. Kluczyki wyciągnął mi Mały i rzucił pod szafkę.

Lecimy do samochodu. Pot cieknie mi po tyłku. Instaluję dziecko w foteliku, już ruszam z parkingu… a tu śmieciara wjeżdża w naszą jednokierunkową uliczkę. Jak nic 15 minut czekania.

I pomyśleć, że i tak jest lepiej, niż wtedy, nim zostałam Mamą 🙂

Polecamy także:

Edyta Bodzioch
Szczęśliwa Mama 2-letniego Szkraba. Wegetarianka i urodzona optymistka z humanistyczną duszą. Pasjonatka odkrywania nowych miejsc, smaków oraz robienia czegoś z niczego. Nie wyobraża sobie życia bez Rodziny, mocnej kawy każdego ranka i kwitnących kasztanów na wiosnę.

Dodaj komentarz

Top