Jesteś tu
Strona domowa > Polecamy > Duże dzieci i Mikołaje do kitu

Duże dzieci i Mikołaje do kitu

Nadchodzą Święta. Czas biegania i wzmożonej napinki prezentowej. Co dla Siostry? Dla Rodziców? Dla Męża to wiadomo… A co dla Teściów? I takie tam… Ile osób w rodzinie, tyle zagwozdek. W tym roku stwierdziliśmy ze Ślubnym, że zdecydowanie najwdzięczniejszym Gostkiem do robienia prezentów, jest nasz Synek. Bo po pierwsze, on cieszy się ze wszystkiego co jeździ (nie musi nawet świecić!!) albo do czego da się nalać wody (a później ją wypić podczas kąpieli).

Po drugie, za zabawkami nie trzeba stać w kolejkach, ani wyrywać ich sobie z rąk w supermarkecie. O dzięki wam bogowie za cudowny wynalazek, jakim są zakupy przez Internet! A po trzecie, i chyba najistotniejsze, mamy z tego mnóstwo radości. To znaczy ja z Mężem przede wszystkim. Aż zastanawiam się, na ile my się bardziej jaramy nowym autobusem, albo pływającym żółwikiem, niż nasz Mały?

Rzeczony autobus miał być prezentem mikołajkowym. Nie zdążył. Bo musieliśmy sprawdzić, czy się nie zniszczył w transporcie i czy przypadkiem nie przysłali nam lalki. Więc z pietyzmem rozpakowujemy, cmokamy, oglądamy, włączamy i… już nie ma opcji, żeby wyrwać go z małych rączek. Stwierdziliśmy więc, że autobus nie będzie pod choinką. Został zaklasyfikowany, jako zakup codzienny.

Podobnie było z wyborem kolejnego prezentu. Tym razem chodziło o coś grubszego kalibru, bo to prezent gwiazdkowy. Najpierw spędziliśmy dobrych kilka dni na wybieraniu. Bo jak jeździk, to przecież trzeba wziąć pod uwagę tysiąc pięćset wymagań (jakby to był zakup na lata!). Bezpieczeństwo i wytrzymałość przede wszystkim. Ale i markę, kolor, design, odpowiednie oparcie, schowki i inne bzdety. Ale… Najlepsze jest to, że jak już dostaliśmy paczkę, to znów musieliśmy sprawdzić czy oby wszystko jest jak należy. Tym sposobem Mały już nie tylko widział, ale i jeździł swoim gwiazdkowym prezentem. Także trzeba powiedzieć głośno – kiepskie z nas Mikołaje. Żeby nie skwitować – totalnie do d***.

Pływające żółwiki wytrzymały do Mikołajek. Ale też jaraliśmy sie ze Ślubnym, jakby to były nasze prezenty. Już niewiele brakowało, żebyśmy wbili się Małemu do wanienki.

Mąż: “Oooo!!! Jak ten jeden fajnie pływa! Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, to zawsze chciałem mieć płetwonurka, co tak machał rękami”.

Ja: “Noooo… ja tak samo. Zawsze marzyły mi się jakieś zabawki do kąpieli. Cokolwiek, co nie byłoby kubkiem do mycia zębów albo mydelniczką”.

I tak zanurzeni w nostalgii zupełnie nie zwróciliśmy uwagi, że te żółwie jakoś bardziej rajcują nas, niż Syna. On pośród całej gamy bajecznych zabawek (świecącej ośmiornicy, masy gumowych statków i tych cudnych żółwi) wybrał… podbierak! A my dalej tkwiliśmy w swych niespełnionych marzeniach z dzieciństwa.

Przykładów jest więcej. Aż wstyd się przyznawać. Ale kiedy przyszły drewniane kocki, ja koniecznie musiałam dokonać inspekcji jakości. Zrobię tylko wtręt, który wiele wyjaśni – drewniane klocki były moją ukochaną zabawką z dzieciństwa. Ubóstwiałam się nimi bawić. Dlatego pomyślałam, że i Mały może je polubi. Tego jeszcze nie wiem. Bo będą pod choinką na Gwiazdkę. Tym razem wytrwałam i oglądałam je jak spał. Z wypiekami na twarzy czule gładziłam każdy z nich. W końcu musiałam się upewnić, czy malutkim paluszkom nie grożą drzazgi. Z rozrzewnieniem wspominałam swój komplet 20 klocków. Dlatego nasz Słodziak dostał 260. Chyba głównie dlatego, byśmy mogli się nimi cieszyć we trójkę… najlepiej każdy z osobna :).

We trójkę wybraliśmy się w weekend na Śląsk, do rodziny. Nauczeni doświadczeniem, zabraliśmy ze sobą zabawiacze wszelkiego rodzaju, żeby tylko jakoś przetrwać drogę. W pewnym momencie padło na tablet. Włączyłam YT i tak od piosenki, do piosenki… w końcu padło na Fasolki. I znów cieszyliśmy się ze Ślubnym, że można sobie przypomnieć czasy beztroski. Synek był mniej zadowolony. Miałam nawet wrażenie, że przy “bo fantazja, fantazja jest od tego…” spojrzał się na nas wymownie, jakby chciał powiedzieć, że nasza fantazja poniosła nas aż nadto i już zaczynamy robić siarę.

Ech… I tak to jest. Gdy pojawiają się dzieci, człowiek chce im nieba przychylić. I z całego serca chce dla nich wszystkiego, co najlepsze. A już w szczególności tego, czego jemu samemu brakowało. Więc przy takich okazjach, jak kupowanie zabawek, wychodzą z dorosłych dzieci. Teraz już dobrze rozumiem mojego Tatę, który za nic w świecie nie chciał mi dać ruskiej gry elektronicznej, gdzie wilk łapał wypadające z kurnika jajka. Przecież musiał sprawdzić, czy wszystko działa jak trzeba, i czy każdy kolejny level rzeczywiście jest trudniejszy od poprzedniego. Tak samo, jak nie pozwolił przetestować mi ani Siostrze nowego Nintendo. Bo któż się lepiej zna na zabawkach i grach dla dzieci, jak nie dorośli właśnie? I jak to jest w końcu z tą zabawą, komu sprawia większą przyjemność? Bo już trochę się w tym gubię…

Dodaj komentarz

Top