Jesteś tu
Strona domowa > Rodzice piszą > Dzień świstaka

Dzień świstaka

Od kilku dni jestem nieswoja. Wciąż nie mogę się z niczym ogarnąć. Wszystko idzie mi jak po grudzie. Ręce mam dwie lewe. Głowa jakaś ołowiana. Myśli ciężkie, jak worek z cementem. Ogólne rozdrażnienie sprawia, że trudniej mi zebrać myśli. Nie mówiąc już o budowaniu zdań wielokrotnie złożonych, splecionych zgrabnym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Wszystko zaczyna śmierdzieć, uwierać, irytować i, co gorsza, gonić w piętkę.

Dzień świstaka

Zastanawiam się, o czym tym razem skrobnąć? Lepsze i gorsze pomysły nachodzą mnie i równie szybko znikają. Niczym uderzenia gorąca w menopauzie (o losie, to chyba jeszcze za wcześnie!?). A to dopiero niespodzianka. Ta, której nawet w kolejce do kasy potrafi zaświecić w głowie choinka, dorobiła się czarnej dziury! Ale to nie jedyny problem, z którym się ostatnio borykam.

Rozgrzebane szafy czekają na wiosenny przegląd. Szmaty dokonały ekspansji i zajęły pól sypialni oraz część salonu. Niestety. Pertraktacje, by agresor pokojowo wycofał swoje legiony z powrotem do szafy, spełzły na niczym. Kanapa została zaanektowana na stałe. Pierwsza myśl: a może by tak wynieść wszystko do PCK? Cholera, ale codzienny rytuał modlitewny pod szafą przypomina mi, że i tak nie mam w co się ubrać.

W kuchni trawa nierówna walka. Brudne gary zdają się złowrogo piętrzyć. Choć przecież ze zmywakiem jestem za pan brat. Słoiki z przetworami samoistnie pękają, a szklanki, w ramach świętych przekonań, spadają z hukiem. Sprzątania nigdy dość?! Podłoga wystosowała swoją linię obrony, więc niemiłosiernie lepi się od soku jabłkowego tylko po to, by dobić mnie lepkimi tumanami kurzu (jedną z rzeczy, które brzydzą mnie na fest, to zasyfiona podłoga). A u mnie sprawa jest jasna, że jak czegoś nie uznaję, to uparcie z tym walczę. Więc co to za pobojowisko do cholery?

CZYTAJ TAKŻE:   Trudna sztuka pocieszania

W zmowie są również zabawki. Ich dowódca, ochoczo podsyła je na zwiady, w najmniej oczekiwane miejsca. A ponieważ większość z nich posiada kółka, diody i melodyjki, nietrudno o wypadek, albo zawał. Nie ma to, jak piruet na samochodzie z rana, zamiast kawy. Albo drzwi zastawione motocyklem, gdy po południu wracasz z wielkimi siatami zakupów i stróżką potu wesoło mknącą w stronę pośladków. Odkładam, ustawiam, wszystko porządkuję. Ale mi się tylko zdaje? Bo gdy kończę, nowy stos czeka na zrobienie mi psikusa. Cholera! A zapomniałam rozpakować zakupy w ten upał!

Na domiar złego, do bojkotu zostały wezwane buty. Chyba wszystkie w domu. Śniegowce, kalosze, japonki, kapcie, baleriny, adidasy, klapki… Strajkują stłoczone w przedpokoju i coraz śmielej zapuszczają się w stronę salonu. Upycham je szaleńczo w szafce. Ale te, jakby w czarodziejski sposób, znów pojawiają się w tych samych miejscach.

Gotowanie też coś mi nie idzie. Albo coś przesolę. Rozgotuję. Albo przypalę. Zamiast pomidora skroję pół palca do obiadu. Zabraknie mi majonezu, albo ogórków. A do sałatki, Mały wrzuci mi “zdobycze” z podłogi. Lodówka jakby zmieniła swoje właściwości, bo co i rusz, coś z niej wypełza. Przecież na Boga, zaglądam tam częściej, niż na swój profil na fejsie!

W ciągu dnia, gdy zdyszana i objuczona dopadam do drzwi samochodu okazuje się, że kluczyki zostały w innej torebce. A kiedy sadzam wreszcie zadek za kierownicą dowiaduję się, że samochód też strajkuje i chce do mechanika. Telefon ciągle dzwoni, a lista maili “do odpisanie” zdaje się nie mieć końca.

No i pisanie. Weź tu coś człowieku napisz sensownego, gdy każdego dnia masz wrażenie, że ten dzień chyba już był wczoraj.

Dodaj komentarz

Top