Jesteś tu
Strona domowa > Dziecko > Matczyne popołudnia

Matczyne popołudnia

Po porankach przyszedł czas na popołudnia… 16.00 czyli koniec pracy. Ale nie tylko… Do biegu, gotowi, START! Kurtkę ubieram już za drzwiami biura i pędzę na przystanek bo przecież taxi z floty MPK nie będzie na mnie czekało.

Matczyne popołudnia
theregister.co.nz

Z językiem na brodzie, potykając się o własne stopy – biegnę! A na pasach co…? CZEROWNE! Nerwowo przebieram nogami, bo autobus już majaczy na horyzoncie. Nie! Nie dziś! Nie może dziś znów zostać ostatnia. Jak Ją wczoraj odbierałam miała minę jak zbity pies. Co prawda chciałam jeszcze pójść po pracy na chwilę, na małą chwileczkę do galerii, bo przecież właśnie zaczęły się MID SEASONAL SALE! Tfu! Ty egoistko – karcę siebie w myślach i zauważam, że właśnie zapaliło się ZIELONE i jak nie przyspieszę ruchów to autobus mi ucieknie.

Na szczęście byłam na tyle szybka, że mi się udało. Szczęśliwa , że już niebawem odbiorę moje dziecko i tym razem nie o 16.55, cieszę się do każdego kto na mnie spojrzy. A co!? Taki ponury dzień, to niech mają ludzie trochę radości. Jakoś nikt nie odwzajemnia mojego uśmiechu, a ja budząc się z tego chwilowej euforii wracam do rzeczywistości.

Patrzę za okno i widzę, że świat stanął w miejscu. Co się dzieje? Rozglądam się po współpodrózujących i widzę, że nie tylko ja zdałam sobie sprawę, że zarówno żółw jak i ślimak byłyby w tym momencie szybsze od autobusu w którym utknęłam. Okazuje się, że na głównym skrzyżowaniu zerwała się trakcja i całe miasto stoi! Cudownie! Jeden… Dwa… Trzy -odliczam do pięciu oddychając przy tym głęboko. Nie, nie jestem w tym momencie kwiatem lotosu! Tym razem muszę być Strusiem Pędziwiatrem do kwadratu – mig mig. Włączam tryb turbo od najbliższego przystanku, do którego w końcu się dotoczyliśmy, tak aby dobiec do przedszkola na czas.

Nie ma to jak przymusowy survival race o trasie półmaratonu, bo przecież 3 km to już musi być półmaraton. Taki sygnał otrzymuje mój mózg od serca, które bijąc w oszalałym tempie chyba chce mi przekazać, że chciałoby się wyrwać z piesi i poobserwować z zewnątrz co będzie się ze mną działo.

Na szczęście mózg zachował spokój, kazał oddychać głęboko i powoli bicie serca wróciło do normalnego tempa. A ja tak jak rano nie mogąc otworzyć oczu obiecuję sobie, że nie będę czytać książek do późna, tak w takich sytuacjach obiecuję sobie, że od jutra będę regularnie ćwiczyć. Trochę adrenaliny jest w życiu niezbędne. I kolejny raz wręczyłam sobie medal.

Tym razem o podwójnej wartości – za szybkość oraz za pokonanie przeciwności losu. Gdyby zmaterializować wszystkie wręczone samej sobie krążki za to złoto mogłabym kupić jakąś prywatną wyspę niczym Bill Gates czy inny współczesny bogacz. Dobrze, że za marzenia nikt nie kara, ja muszę obejść się smakiem, a tymczasem jadę do domu razem z córką, odebraną w o rekordowej 16.40, by opaść na łóżko i w końcu nie musieć się z nikim i niczym ścigać.

Ps. Do pracy jeżdżę autem z mężem, po pracy wożę się żółto-czerwonym mercedesem lub volvo sygnowanymi trzema literkami – MPK.

fot. główne: theregister.co.nz

Dodaj komentarz

Top