Jesteś tu
Strona domowa > Aktualności > Na bakier z postanowieniami

Na bakier z postanowieniami

Święta, święta… i w biodrach dodatkowe 5 centymetrów zdobyte. Czyli Boże Narodzenie za nami. Na horyzoncie natomiast majaczą Sylwester z Nowym Rokiem. Do nich nie będę się specjalnie szykować. Bo ani nie ruszam się na szampańską imprezę, ani nie robię megabiby na chacie, nie planuję też cudów, czy niezapowiedzianych gości.

Nie oznacza to, że jestem już totalnym kapciem i spędzę ten czas w skarpetkach w choinki i kubkiem mleka z masłem. Mam drobne plany, ale bez rozmachu i fajerwerków, jak to było na Święta. Może dlatego, że jestem zmęczona siedzeniem za stołem i doczyszczaniem kuchni z czekoladowej polewy i sernika z podłogi. Tym razem stawiam na komfort i wygodę, a nie wystrzałowe kiecki, tańce do białego rana i brokat w szampanie.

Pierwszy raz nie mam noworocznych postanowień. Że schudnę, rzucę czekoladę, albo będę częściej robić, niż nie robić. Ostatni rok pokazał mi, że to bez sensu. Cokolwiek bym sobie nie wymyśliła, a jest tego sporo, lepiej zacząć od zaraz. Najdalej wieczorem. Jak zostawię coś na jutro, mój entuzjazm spada jak zgniłe jabłko, ironicznie obryzgując mi twarz “jutro (a tym bardziej poniedziałek) to wieczne nigdy”.

Zacznę biegać – od poniedziałku. Koniec z białym pieczywem – od poniedziałku. Odpalę wreszcie podcasty z norweskim – w poniedziałek. W poniedziałek umyję też znienawidzony piekarnik, dokończę czytać “Finansowego ninję”, wystawię graty na aukcję i zrobię mydło owsiane. Jakie są efekty, nie będę przytaczać. Wstyd tak się obnażać publicznie.

Ostatni rok wiele zmienił. Dostałam mocnego kopa (chyba w jakiś kobiecy odpowiednik prostaty), bo do tej pory chodzę nakręcona. I tak, udało mi się skończyć ze wszystkim, co kompletnie się nie sprawdza, a jedynie podwyższa ciśnienie i spędza sen z powiek. Wszystkie 200% normy, prace na akord, same Mount Everesty, samobiczowanie słowem “znowu”, cofanie kijem Wisły poszły do śmieci.

Każdą wartościową myśl zapisuję. Od listy zakupów, przez rzeczy “must have” i “to do”, aż po śmieszne teksty Ślubnego. Jednym słowem WSZYSTKO, co mi się przyda w przyszłości, a magazynowanie tego w głowie, tylko zwalnia mi procesor. Wiec już nie bawię się w Napoleona i nie udaję, że wszystko pamiętam. Bo zwykle nie pamiętam.

Potem tworzę niecny plan, co i kiedy chcę osiągnąć. Tu metoda drobnych kroków sprawdza się doskonale, tak samo jak mój nieoceniony kapownik. Kiedyś Mąż rzucił mi okiem przez ramię, co tam gryzmolę i… się za głowę złapał. Skwitował, że teraz to już się nie dziwi, dlaczego czasem nie rozumie mnie nic a nic.

Podczas planowania zostawiam sobie margines. Że jak nie dziś, to jutro. Czasem zwyczajnie tyłek chce leżeć, ale częściej Synek zmienia mi grafik bez konsultacji. Dlatego zawsze biorę pod uwagę brak kompromisu ze strony Małego. Efekt? Kolejny minus dla prokrastynacji.

Wciąż staram się nie porównywać, ani nie kłaść pod linijkę. Staram się, to słowo klucz. Najważniejsze, że nie jestem ślepo zapatrzona na trawnik sąsiada, gdzie wszystko zalane jest złotem. Nie lubię złota i nie lubię zazdrości. I tego się trzymam.

Jest w moim życiu taka tajemnicza siła, która spełnia życzenia. Muszę tylko sprecyzować, co bym chciała i nie przesadzać z wyobraźnią. Później nie męczyć tematu do upadłego, tylko poczekać. Nie wiem jak to się dzieje, ale prawie zawsze działa!!!

Dodaj komentarz

Top