Jesteś tu
Strona domowa > Polecamy > Rodzicu: daj się rozpieszczać jesienią

Rodzicu: daj się rozpieszczać jesienią

Tego roku jakoś wyjątkowo wzbraniałam się przed jesienią. Nie mogłam nasycić się latem. I tak bardzo, bardzo chciałam, aby trwało dłużej. Niestety, chyba nie modliłam się dostatecznie żarliwie, bo jesień właśnie rozwija skrzydła. Nic już na to nie poradzę. Jednak zamiast biczować się tym stanem rzeczy, postanowiłam nieco umilić sobie szarobure dni.

Mam kilka sprawdzonych rozwiązań. Częścią z nich dzieliłam się z Wami całkiem niedawno. Tym razem, opowiem Wam o mojej kuchni. To wyjątkowe miejsce, bo tam biorą początek różne eksperymenty kulinarne, przeplatane tradycyjnymi potrawami. Ma być przede wszystkim smacznie, zdrowo i z pomysłem. Ale nietrzymanie się przepisu (u mnie wszystko robi się niezawodną metodą “na oko”) prowadzić może albo do wielkiego odkrycia, albo do sromotnej klęski. Lecz tym razem może opowiem o sukcesach 🙂

W zależności od humoru i zasobów czasowych, staram się rozpieszczać siebie i swoich bliskich czymś smakowitym. W końcu nic tak dobrze nie robi, jak dobre jedzenie. Przecież dobry nastrój trafia do serca przez żołądek 😉 Poza tym, warto się czasem trochę porozpieszczać. Jesień w kuchni mocno różni się od lata. U mnie jest to czas ciepłych potraw, intensywnych aromatów i ostrych przypraw, długiego gotowania, pieczenia. Co w takim razie pojawia się u mnie najczęściej?

Po pierwsze, zupy. Bez nich nie potrafię funkcjonować w chłodne dni. Co tam kanapki, słodkie bułki, czy klasyczne drugie dania, kiedy ja potrzebuję zupy! I to czasem już z samego rana 🙂 Wiem, że to dla niektórych brzmi dziwnie. Ale sceptykom gorąco polecam na próbę. Chociażby przez wzgląd na oszczędność czasu. Zupy zwykle gotujemy na kilka dni. Więc przygrzanie odpowiedniej ilości to zaledwie chwilka. Do tego mamy ciepły i treściwy posiłek (o ile nie gotujecie zup na jednej mrożonej marchewce… znam takie przypadki 🙂 A którą zupę lubię najbardziej? Wszystkie! No, może prócz rosołu 😉

Po drugie warzywa. Wszelkiego rodzaju, ale najlepiej sprawdzają się te sezonowe. Lubię piec z nich pasztety z dodatkiem jakiejś kaszy. Ostatnio na tapecie jest włoszczyzna z soczewicą i pęczakiem. Gotowy pasztet kroję na mniejsze porcje i opiekam. Otrzymuję coś w rodzaju kromki chleba. Tyle, że smakuje o wiele lepiej 🙂 I na pewno jest zdrowsze.

Skoro już mowa o warzywach. Cała moja familia przepada za kotletami kalafiorowymi. Są tak wyśmienite, że nawet smród gotowanego kalafiora można spokojnie wybaczyć. Bardzo łatwo je przygotować, bo wystarczy ugotować do miękkości kalafiora, dodać pęczek koperku, 3 jaja, sól, pieprz i odpowiednią ilość bułki tartej (tak, by sie dało uformować kotlety). Następnie obtaczamy je znów w bułce i albo smażymy, albo wrzucamy do piekarnika (wariant dla leniwych).

Innym daniem, które uwielbiam jest parmigiana (czytaj zapiekanka) z bakłażanów. Do jej przygotowania potrzebujemy tylko bakłażanów (w oryginalnym przepisie są to obsmażone plastry, jednak kto by tyle stał przy patelni?! Dużo lepszym rozwiązaniem jest ugotowanie ich na parze. Szybciej no i skóra jest tak samo miękka, jak sam farsz), mozzarelli i dobrej passaty pomidorowej. Całość wrzucamy do piekarnika na jakieś 20 min, aż ser się rozpuści.

Gdy za oknem coraz zimniej, piję tylko ciepłe napoje. Najczęściej herbatę lub napary ziołowe. Zakochana jestem w lipie i kwiatach czarnego bzu. Dobrze robią nie tylko w chorobie. Dodaję do nich (zamiast cukru) sok malinowy moich rodziców. Jednak czasem mam ochotę na wspomnienie lata. Wtedy serwuję jakiś kompot. Nie słodzę go, za to obowiązkowo podgrzewam przed podaniem.

A gdy dopada nas przeziębienie sięgam po sprawdzony rodzinny przepis na grzane piwo z jajkiem. Może brzmi obrzydliwie, ale tylko dla niewtajemniczonych. Bo to nie żadna tam jajecznica na chmielu, tylko coś jak piwny kogel-mogel na gorąco. Do podgrzanego piwa wrzuca się porządną garść goździków a następnie wlewa utarte na gładką masę żółtka z cukrem (na 0,5 l piwa dodaję 4 żółtka i 3 łyżki cukru). Pysznie smakuje a do tego jak rozgrzewa!

Spokojnie. O deserach nie zapominam 🙂 Przy tak wielkiej miłości do słodyczy, jaką pała cała moja rodzina, byłoby to niemożliwe 😉 Hitem jest od dłuższego czasu brownie z cukinii lub dyni. Warzywa blenduję (bo nie chce mi się bawić z tarką) i do tego dodaję zmiksowane płatki owsiane, jajko, trochę oleju, cukru, dużo kakao i voila! Można grzeszyć bez większych wyrzutów sumienia. Ostatni nawet pokusiłam się o upieczenie własnych kruchych ciasteczek maślanych. I choć zbyt mocno się przypiekły (żeby nie powiedzieć przypaliły), smakowały o niebo lepiej, niż te sklepowe. W końcu w moich ciasteczkach była tylko mąka, cukier, żółtka i prawdziwe masło. Żaden masłomix… A to już podobno towar luksusowy. Ale tak szczerze, czy nie należy nam się trochę luksusu w walce z jesienną aurą?

Polecamy także:

Edyta Bodzioch

Szczęśliwa Mama 2-letniego Szkraba. Wegetarianka i urodzona optymistka z humanistyczną duszą. Pasjonatka odkrywania nowych miejsc, smaków oraz robienia czegoś z niczego. Nie wyobraża sobie życia bez Rodziny, mocnej kawy każdego ranka i kwitnących kasztanów na wiosnę.

Dodaj komentarz

Top