Jesteś tu
Strona domowa > Polecamy > Układ doskonały i magia rodzinnych Świąt

Układ doskonały i magia rodzinnych Świąt

Odkąd mam swoich Chłopaków i twierdzę, gdzie to ja jestem królową, panią i zarządcą, jestem spełniona i szczęśliwa. I nie, tym razem nie będę ględzić o tym, jak to bycie żoną i matką jest boskie, różowe i takie tam. Tym razem chciałam porozwodzić się nad tym, jak mi dobrze na swoim. Zbliżają się Święta. A to czas szczególny.

Szczególny z wielu powodów, nie zawsze miłych. Bo każdy chciałby je spędzić inaczej. Zapewne każdy z bliskich ma inną wizję i nie zawsze ta wizja pokrywa się z naszą. A to zwykle rodzi sporo problemów. Szczególnie, jeśli jesteśmy lokatorami własnych rodziców, bądź teściów. Nie powiem, na relacje z jednymi ani drugimi nie mogę narzekać. Jednak odkąd jestem na swoich śmieciach mam nieodparte wrażenie, że właśnie ta niezależność daje obu stronom dystans i zabezpieczenie stref komfortu. Dlatego dogadujemy się jeszcze lepiej, niż gdybyśmy mieszkali razem. A Święta? Są tylko pretekstem do zadumy nad doskonałością tego układu.

Nie wiem jak u Was, ale w moim domu rodzinnym Święta muszą być na bogato, na ostatnią chwilę, ale dopięte na ostatni guzik. Brzmi fajnie i gładko, jednak pod tymi uładzonymi słowami kryje się kupa roboty do wykonania z zegarkiem w ręku i potem cieknącym po tyłku. Do tego sporo nerwowych spojrzeń, dużo biegania, a jeszcze więcej uwijania w ukropie. I tak choinka czeka na ubranie do Wigilii. A ponieważ jest żywa i wieeelka, to ubieranie jej zajmuje sporo czasu. Poza tym, później trzeba jeszcze dwadzieścia razy odkurzyć. Bo a to bombka się rozbiła, a to ktoś stanął na światełku, nie wspominając już o rozsypanych igłach. Do tego mój Tata zawsze ma swoją wizję ubierania, więc jakbyś nie powiesił ozdoby, zawsze będzie w złym miejscu. Po pierwsze, “pamiętaj, światełka zawsze zakładaj na początku, będzie ci łatwiej”. “Nie widzisz, że czerwonych tu jest akurat? Tam daj te srebrne, bo tu już jest za dużo malutkich”. “Tu powieś łańcuch, będzie ładniej”. Dlatego choć uwielbiam wielkie i żywe choinki, swoją malutką i już ubraną, wystawiam dużo wcześniej. Mam z tego mnóstwo frajdy, bo mogę się nią cieszyć dłużej. I nie musze aż tyle sprzątać, ani przewieszać po dziesięć razy każdej ozdoby. Kolejny układ doskonały.

Sprzątanie sprzątaniem, ale w Święta jest to akt tytanicznej pracy i nieziemskiej cierpliwości. Bo wyglancowaną na błysk łazienkę łatwo uświnić jednym chlapnięciem skwaśniałego barszczu. A szorując ją na błysk od nowa, zapewne braknie ci czasu, by zrobić się na bóstwo. Szczególnie, gdy ktoś wciśnie się w kolejkę z “dwójką”. Jeśli chodzi o sprzątanie, to nie jestem z nim na bakier. Ale uważam, że wszystko można ogarnąć na czas, bez ciśnienia na ostatnią chwilę. Ale… Tata zawsze zaczyna w Wigilię sprzątać najgłębsze zakamarki domu. Jakby od tego zależało narodzenie Pańskie… Mama z kolei chodzi i poprawia. Bo firanka, choćby była odsunięta na dwa centymetry, jest nieziemsko wkurzająca i nawet podczas jedzenia karpia, trzeba wstać i ją poprawić. No i nie daj Bóg trafi się gdzieś niedziałające światełko (w dobie powszechnej chińszczyzny o to akurat nietrudno)! Wtedy Tata koniecznie musi je reanimować. Jakby pozostałe osiem kompletów nie było wystarczające.

Rodzice kochają słuchać kolęd (zazwyczaj są to wykonania chóralne) podczas tej świątecznej krzątaniny. Rodzeństwo za to przewraca oczami i błaga o litość. Mama dzieli czas między kuchnię a telefon, bo pomiędzy smażeniem pierogów i grzaniem zupy grzybowej, trzeba obdzwonić rodzinę z życzeniami. Poza tym dzwoniący telefon to rzecz święta i odebrać trzeba, szczególnie w Wigilię. Tata nie jest dłużny i odbiera telefony od klientów i udziela instrukcji, nawet przy ubieraniu choinki. Przez co cały rytuał trwa trzy razy dłużej. Przy stole też jest kupa roboty, bo trzeba całą tą furę jedzenia przygrzać, ponakładać, i co najtrudniejsze, skrzyknąć wszystkich na czas do konsumpcji. A to jeszcze po drodze coś się rozleje na nieskazitelny obrus Mamy i trzeba ukradkiem chować to pod serwetką (bo nie wytrzymał do opłatka). Albo złośliwa świeczka znów się przekrzywi i zaleje przygotowany na tip-top stół parafiną.

Teraz mogę się z tego śmiać, ale to jak nic zasługa zdrowego dystansu, o którym pisałam wcześniej. Myślę, że bez niego moglibyśmy nie być dla siebie tak wyrozumiali. I żeby było jasne. Kocham moją rodzinę. Nie wyobrażam sobie by Wigilię spędzić bez moich Chłopców, Rodzeństwa, czy Rodziców. Jest mnóstwo pysznego jedzenia (z naciskiem na mnóstwo), piękna choinka (którą z przyczyn wymienionych powyżej ubiera już tylko Tata), odświętni my i bogato przystrojony dom, fajne prezenty i nasze małe i większe tradycje. Mamy swoje pierniki, ręcznie robione ozdoby na choinkę, pomarańcze z goździkami, zbierane latami świąteczne ozdoby, nawet te kolędujące poznańskie słowiki… Ale najważniejsze jest to, że chcemy i potrafimy być razem. Że to daje nam dużo radości. I choć przed łamaniem się opłatkiem często bywa nerwowo, to już po posadzeniu tyłków za stołem wszyscy luzują i z uśmiechem pakują sobie kolejne porcje na talerz. Patrzymy na siebie zza ciepłych świateł świec, rozmawiamy i cieszymy odświętną, magiczną atmosferą. Wtedy już nikt nie pamięta o tym zalanym obrusie przed opłatkiem.

Mam nadzieję, że kiedyś też będę potrafiła przygotować taką Wigilię, jak moi Rodzice. Że będę umiała zadbać o świąteczny nastrój i skrzyknąć wszystkich przy stole. Może nie będę odkurzać do upadłego, ani uparcie naprawiać światełek… Ale chciałabym, żeby mój Synek tak jak ja czuł magię Świąt przez całe życie, a nie tylko w dzieciństwie. A o to coraz trudniej.

Dodaj komentarz

Top