Jesteś tu
Strona domowa > Polecamy > Małe i duże rodzicielskie strachy (specjalnie na Halloween ;))

Małe i duże rodzicielskie strachy (specjalnie na Halloween ;))

Czai się przez całą ciążę, rodzi się razem z dzieckiem, a potem rośnie z nim – i już nigdy nie mija. Rodzicielski strach ma wielkie oczy, uszy, zęby i wiele twarzy, jest wpisany w miłość, zakotwicza się w codzienności. Spędza sen z powiek i zapiera dech, ale też napędza do działania, chroni i ostrzega. Czy zawsze trzeba się go bać?

Boję się wielu rzeczy. Porażek, bezradności, zmian. Podejmowania nieodwracalnych życiowych decyzji. Tego, że z jakiegoś powodu stracę pracę czy zdrowie. Panicznie boję się o moich bliskich i bezpieczeństwo mojego domu.

Pojawienie się na świecie synka skumulowało te wszystkie lęki i nareszcie pozwoliło się z nimi zmierzyć. Nie było drogi ucieczki, nie było czasu na użalanie się nad sobą – trzeba było brnąć przez strach jak taran ze świadomością, że nie ma innego wyjścia. Dobrze pamiętam swoją bezradność po porodzie podczas pierwszych dni w szpitalu i pamiętam narastające, wszechogarniające: „czy sobie poradzę?”. Oszołomiona emocjami, jeszcze nie wiedziałam – na szczęście – że to pytanie na stałe zagości w mojej głowie i stanie się refrenem macierzyńskich wyzwań. Jednym z refrenów…

Od kiedy zostałam mamą, strach pokazuje mi coraz to nowe oblicza. Ten dziki, pierwotny kazał biec do łóżeczka i w środku nocy sprawdzać oddech malucha. Sprawiał, że drżały dłonie odmierzające syrop na gorączkę, zamierało serce przy każdym rozpaczliwym dziecięcym krzyku. Są też lęki mniejszego kalibru – codzienna troska, czy o wszystko zadbałam, czy przez moją nieuwagę dziecku nie stanie się krzywda, czy jest najedzone, zdrowe, szczęśliwe. Strach przed tym, żeby nie czuć się złą matką rywalizuje z lękiem przed błędami wychowawczymi. Przenika mnie, gdy w kontekście macierzyństwa myślę o nieznanej przyszłości, nieuchronnych rozstaniach i ewentualnych porażkach.

Gdybym jednak miała możliwość raz na zawsze wyzbyć się rodzicielskiego strachu – chyba nie odważyłabym się z niego zrezygnować. To on mobilizuje do działania, wzmaga czujność, każe przekraczać granice, które najchętniej by się ominęło. Dopełnia wachlarz macierzyńskich emocji, pozwala doświadczyć pełni rodzicielstwa. Kiedy tak o nim myślę, zwłaszcza gdy przychodzi – już tak bardzo nie boję się bać…

Dodaj komentarz

Top