Jesteś tu
Strona domowa > Rodzice piszą > W ferworze świątecznych przygotowań

W ferworze świątecznych przygotowań

Jestem w przedświątecznym amoku. Pierwszy raz, tak na całego, z oddaniem i niemal obłędem w oczach. Trochę się z tego naśmiewam, bo coroczna akcja “umyj okna dla Jezusa” wzbudzała we mnie politowanie i ironiczny uśmiech. Do tej pory nie miałam czasu, ani większej ochoty, na aż tak pieczołowite przygotowania. Bo kto po robocie, kursie, zakupach i dodatkowych zajęciach ma ochotę na zdobywanie sprawności perfekcyjnej pani domu? Ja w każdym razie w szranki nie stawałam.

Kiedyś znajomy rzucił mi w twarz cierpkim stwierdzeniem, że jak idą Święta, to się babiszony mogą wreszcie wyżyć. Na tych ciastach, ciasteczkach i jeżdżeniu na szmacie do upadłego. Jakby nie patrzeć, jakaś prawda w tym jest. Wtedy jeszcze tego nie czułam. Choć dla mnie Boże Narodzenie od zawsze to czas wyjątkowy. Radosny i prawdziwie odświętny. Rodzinny. Dlatego co roku się cieszę, już od jesieni, że Święta za pasem. To pomaga mi przetrwać depresyjny październik i znienawidzony listopad.


Jeszcze do niedawna moje świąteczne szaleństwo kończyło się na pieczeniu pierników i pakowaniu prezentów. W tym roku pierwszy raz oddałam się świątecznym przygotowaniom w takim stopniu, że nie powstydziłaby się Pani Rozenek. Chałupę wyglancowałam lepiej, niż kiedy byłam uwikłana w syndrom wicia gniazda, tuż przed porodem. A i w kuchni zaszalałam, nie tylko z piernikami.

Cieszę się, że nie słyszę tykającego nad uchem zegara, który odlicza mi czas do powrotu do pracy. Nie śnią mi się koszmary o żłobkach i moim płaczącym dziecku. Nie mam stosu papierów na biurku ani przyprawiających o mdłości deadline’ów. Nie muszę użerać się ani znosić humorów rozhisteryzowanych ludzi. Mam święty spokój. Na zewnątrz i w sobie. Dzięki temu mam więcej ochoty na robienie rzeczy, na które do tej pory nie miałam czasu – dbaniu o ognisko domowe. Zapytasz, czy nie mam dość? Czy się nie znudziłam?

Powiem Ci, że staram się czerpać radość z tego, co jest teraz. Wiem, że kiedyś będę za tym tęsknić. Więc nasycam się teraźniejszością, jak mogę. Tym, że mogę patrzeć, jak mój Syn robi to czy tamto pierwszy raz. Że mogę rano niespiesznie cieszyć się zapachem jego włosków i czekać, aż się obudzi. Poza tym, wielkie zmiany są w naszym życiu często kwestią 5 minut, albo następnego dnia. Więc kto wie, może jutro już nie będę miała tego wszystkiego?

Dlatego tymczasem…

W tym roku Święta są jeszcze bardziej wyjątkowe, bo pierwszy raz mój Mały łapie coś więcej, niż tylko cyca co dwie godziny. Dlatego korzystam z okazji. Chcę go zarazić magią Świąt. Pokazać, jak wiele można robić razem i czerpać z tego radość. Że warto się postarać, by dwa razy do roku było naprawę odświętnie. Czysto nie tylko w chałupie, ale i w głowie, i w sercu. I nie, nie dlatego, że na pasterce rozstąpią się niebiosa, a spomiędzy nich dobiegnie nas srogie “umyłeś okna?!”. Ale dlatego, żeby poczuć na czym polega wyjątkowość Świąt. Odkryć jaka jest waga przygotowań i bezinteresownych, dobrych uczynków. Że warto mieć swoje małe tradycje i ulubione przedmioty, do których raz w roku wracasz, jak do najcenniejszego skarbu. Że prezenty pod choinką są tylko pretekstem, żeby zobaczyć uśmiech na twarzy ukochanej osoby. I że słowo RAZEM znaczy wtedy dużo, dużo więcej.

Dodaj komentarz

Top