Jesteś tu
Strona domowa > Polecamy > Razem, a jednak osobno

Razem, a jednak osobno

Zanim na świecie pojawił się mój Mały miałam kilka żelaznych zasad, które jak wskazuje sama nazwa, miały być nie do ruszenia. Ich funkcją było zatrzymanie chociaż części starego ładu, który dawał mi poczucie bezpieczeństwa. I choć nie rozwodziłam się zbytnio nad tym, jaka sielanka mnie czeka, albo jaki Armagedon się szykuje, miałam kilka punktów must have.

Właśnie po to, by mieć komfort psychiczny. Tak na marginesie, brak konkretnego nastawienia “jak to będzie?” (odchylonego maksymalnie w jedną, bądź drugą stronę) bardzo pomógł mi w utrzymaniu dobrostanu psychicznego do tej pory. Według mojej wiedzy operacyjnej nie ma nic gorszego niż zawiedzione marzenia. A jeśli chodzi o macierzyństwo, to zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością może być nad wyraz twardym lądowaniem… na gołej skale.

Ale wróćmy do zasad. Miało być z rozwagą i bez przesady, z uwzględnieniem swoich potrzeb. Byłam na przykład nastawiona na chowanie dziecka w szumie. Bo w absolutnej ciszy można, ale medytować :).  Na początku nawet szło całkiem dobrze, tzn. bez polemiki ze strony Małego. Niestety z czasem się okazało, że Synek widzi to inaczej i preferuje ciszę. Szkoda, że manifestuje to tak głośno akurat wtedy, gdy nam zależy na chwili dla siebie. Efekt? Chodzimy na palcach, jak złodzieje, po własnym domu.

Przesady miało nie być też w innych kwestiach. Miałam mieć chwilę na oddech i grubą kreskę odgradzającą moje “ja” od reszty (dziecięcego) świata. Niestety aktualne obserwacje nie są zadowalające. Czasu tylko dla siebie nie mam nawet w toalecie, a w sklepie wciąż przy kasie mówię “dziękujemy”. Zdarza mi się zastanawiać nad tym, dlaczego u lekarza paplam “złapaliśmy”, “mamy”, “nie lubimy”. Ale to nie wszystko. Śpimy razem. Na zakupy jeździmy razem. W domu każdą czynność wykonujemy razem. Przez telefon zazwyczaj rozmawiam na głośniku, bo tak wygodniej razem. Rano zęby myjemy razem. Wniosek jest jeden – moją kreskę szlag trafił.

Czyli co, odtąd jesteśmy tylko MY? Osobno, a jednak razem? Na pierwszy rzut oka rzeczywiście tak to wygląda. Czasem zdaje się, że być razem bardziej już nie można. Że pierwszy raz w życiu jestem czystą symbiozą z innym człowiekiem. Są momenty, że to mnie przygniata i dusi. Bo czasem zwyczajnie mam ochotę być tylko ja. W porównaniu z pierwotnymi założeniami, te są szczątkowe. Jestem wtedy wściekła. Ale wiem, że ta złość maskuje zupełnie inne emocje. Zmęczenie, frustrację, bezsilność… Cały komplet z puszki Pandory, którego nie chcę pokazywać Synowi. Przecież i tak nic z tego nie zrozumie. Jeszcze nie teraz.

CZYTAJ TAKŻE:   Bezstresowe wychowanie – tak czy nie?

Wiem, że sama na wszystko wyraziłam zgodę. Że to co jest, jest tylko wynikiem moich wyborów. Gdzieś w głębi jest część mnie, która strasznie się wkurza, że odstawiłam ją na półkę i pozwalam jej zarastać kurzem. Stąd biorą się m.in. nagłe emocje w całkiem błahych sytuacjach, których nikt postronny nie jest w stanie racjonalnie wytłumaczyć. Ani tym bardziej zrozumieć.

Dlatego staram się na nowo odkopać siebie spod tej roli, która pochłonęła mnie całkowicie. Widać bycie Matką, to w równym stopniu dbanie o dziecko, ale również o siebie. Ciągła walka o zachowanie swojego ja. Ale kiedy już mi wychodzi i zaczynam mówić “nie, nie zrobię tego”, “mam dość”, “nie zgadzam się”, “chcę” pojawiają się wyrzuty sumienia. Że być może odbieram Synkowi coś ważnego. Że walcząc o swoją integralność zabieram mu bliskość. Obawiam się, że ucząc go samodzielności nadszarpuję jego bezpieczeństwo. Boję się, czy oby skupiając się na pozytywnych emocjach, nie podsuwam mu myśli, że trudne emocje są złe. Zastanawiam się, czy moje “nie” nie zabije w nim ciekawości świata. Takich rozterek jest tysiące. Choć zdroworozsądkowo stawianie granic nie jest niczym złym. Wręcz przeciwnie. Ale gdy do gry wchodzą emocje, nic nie jest już ani proste, a tym bardziej racjonalne.

Chciałabym, aby mój Mały Książę był szczęśliwy. Nie tylko teraz, ale też kiedy dorośnie. Żeby był zaopiekowany i bezpieczny nie tylko przy rodzicach, ale i bez nas. By wiedział, że Mama i Tata kochają go bez względu na… i pomimo wszystko. By potrafił puścić moją rękę i pójść w świat z szerokim uśmiechem i ekscytacją. I by wrócił jak na Małego Księcia przystało – pełen życiowej mądrości. I żebym wtedy to ja wiedziała, że choć osobno, to jednak razem.

Dodaj komentarz

Top