Jesteś tu
Strona domowa > Polecamy > Nie taki żłobek straszny, jak go wyobraźnia maluje…

Nie taki żłobek straszny, jak go wyobraźnia maluje…

Od kilku miesięcy powtarza mi się wstrętny sen: mój syn siedzi na zimnej podłodze w poplamionych rajstopkach z wyciągniętymi stópkami, buzia zapuchnięta od płaczu, a wokół mroczne kąty pełne zepsutych lalek i cuchnących nocników. Budzę się, gdy wielka ręka wpycha mu do buzi łyżkę zupy… To żłobkowy koszmar, prawdziwa zmora pracującej mamy. Jedyny sposób, by go pokonać, to poznać wroga – czyli skonfrontować się z rzeczywistością, skoczyć na głęboką wodę. No to hop!

Rok temu wydawało się to abstrakcją, a dziś stało się faktem: mój mały synek, który dotąd królował w domu, idzie do żłobka, w nowy obcy świat. Jestem przerażona – tym, że nie poradzi sobie z dziećmi, że panie nie odgadną jego potrzeb, że będzie narażony na samotność, tęsknotę i strach. Sama ze strachu ledwo żyję, przed pierwszym dniem adaptacyjnym pochlipuję w poduszkę. Sama nie wiem, czy z ulgi, że „to już”, czy też z żalu za kończącym się bezpowrotnie etapem niemowlęctwa.

Tak nas, kobitki, współczesny świat urządził, że musimy się spełniać nie tylko w roli matek. Szczęśliwe nasze przodkinie nie miały prawa wyboru, czego nie zazdroszczę, ale jednak może trochę. Miały przynajmniej święty spokój z podejmowaniem decyzji, czy wracać do pracy, czy nie wracać, czy niania, czy żłobek, czy kurka, czy kogucik… Nie znały innej formy opieki nad pisklęciem niż osobista piecza, ale też nie roznosiło ich z nieróbstwa pod koniec macierzyńskiego i nie musiały zarabiać na życie i rozrywki. Ta osobista piecza właśnie nęka mnie najbardziej… Jak zostawić dziecko z obcymi ludźmi na tyle godzin? Czy nie pomyśli, że go porzuciłam, oddałam? A co z kontrolą bezpieczeństwa, najedzenia, zadowolenia? Jak on tam zaśnie, kto go utuli w płaczu i tęsknocie? A potem bombardowanie myśli z drugiej strony: może będzie wolał być tam niż w domu? Czy panie, z którymi spędza dzień, nie staną się ważniejsze niż mama? Czy jak przyjdę, to mnie rozpozna?…

Koło obłędu przerywa wreszcie dzień, w którym idziemy po raz pierwszy poznać potwora. Nie przypomina PRL-owskich pół-sierocińców z matczynej wyobraźni, jest kameralny, przytulny, bardzo domowy. Na przemiłe panie mówi się tutaj: „ciocia”, zabawki mają rączki i nóżki, a w większości nawet baterie. Dzieci się uśmiechają, muzyka gra, tęcza wyrasta ponad miastem. Przyglądam się podejrzliwie, szukając w tej beczce miodu łyżki dziegciu. Nie ma, naprawdę nie ma.

Mój syn od pierwszej chwili rusza w nowe zabawki. Jeszcze nie ufa ciociom, ignoruje na razie dzieci, za to mnie ma cały czas w zasięgu wzroku. W końcu nieśmiało włącza się do zabaw, klaszcze w rączki, gdy słyszy ulubione piosenki. Już się odprężam, gdy nagle porzuca wszystko i wtula się we mnie jak rozbitek w dziób statku ratowniczego. Już do końca mnie nie puszcza, zazdrośnie chroni przed innymi dziećmi. No to tyle było z mojego przekonania, że wszystko będzie dobrze.

Kolejnego dnia jest już bardziej śmiały, nie płacze, gdy wychodzę do łazienki ani gdy przegrywa swoją pierwszą bitwę o zabawkę (mina bezcenna!). Mówi nawet ciociom, jak ma na imię, pozwala się im nakarmić, przewinąć i zabawić. Jest postęp, jutro nie wchodzę na salę. Jak to nie wchodzę?…To już?… Ma tu zostać SAM?…

Dziś snułam się po osiedlu jak bezpański pies. Bez wózka, bez ekwipunku, wolna, cicha i dziwnie samotna. Moje dziecko zostało w żłobku na dwie godziny całkiem samo, na początku nie płakało, potem płakało trochę, w normie, a w dodatku zjadło cały obiad i czytało z ciocią ulubioną książeczkę. Powoli adaptuje się do nowego otoczenia, powoli daje się oddać światu. Pomalutku mój malutki zaczyna mieć swoje życie… Może za szybko, a może wcale nie?

Dodaj komentarz

Top