Jesteś tu
Strona domowa > Rodzice piszą > Mamo, też masz szafę minimalistki?

Mamo, też masz szafę minimalistki?

Jako zdeklarowana eko świrka staram się wprowadzać w życie coraz więcej prostoty. Głęboko wierzę w to, że minimalizm potrafi zdziałać cuda. Poza tym, ograniczając ilość, bardziej skupiam się na jakości. I o to chodzi w całym tym zamieszaniu – o bycie bardziej świadomym. W kuchni dawno już zaczęłam wprowadzać zmiany. Później zajęłam się łazienką. Teraz przyszła kolej na… wietrzenie szaf.

Nie wiem, kto z Was słyszał o podejściu Zero Waste Home? Myślą przewodnią tego podejścia jest uproszczenie (czytaj odgruzowanie) życia, poprzez pozbycie się wszystkich niepotrzebnych rzeczy. A wierzcie mi, podążając za Beą Johnson (pomysłodawczynią i gorliwą wyznawczynią ZWH) jest tego cała masa! Ale do rzeczy. Jedną z propozycje ZWH jest szafa kapsułowa (capsule wardrobe). Owa enigmatyczna nazwa, trącąca nieco stylem Mrożka, w istocie jest szafą kilku ciuchów. Chodzi o to, by mieć mniej, za to wszystko idealnie zgrane, w kilku kombinacjach.

Jak mieć szafę minimalistki

Pomysł z założenia odjazdowy. Nareszcie oczami wyobraźni zobaczyłam koniec swoich trzydziestokilkuletnich litanii pod szafą. Podchodzę i otwieram drzwi. Wyjmuję z zamkniętymi oczami jakieś spodnie, do tego bluzkę. Na koniec łapię sweter, który pasuje nawet do dzisiejszej stylizacji sąsiadki z piętra wyżej.

Stop.

Z zamyślenia wyrywa mnie rzeczywistość, której kotwica musiała zaczepić o misterną plątaninę wieszaków z mej szafy. A może o jakiś guzik w którejś z bluzek? Sama już nie wiem…

Chyba znacie temat? Zaraz po otwarciu drzwi odkrywa się przed Tobą ściana ciuchów, trudna do ogarnięcia wzrokiem na jeden szybki rzut. Zarówno słowo “jeden”, jak i “szybki”, zakrawają w tym kontekście na żart. Na pewno natomiast są aberracją kobiecej natury szafiarki.

Nie wiem jak Wy, ale ja najpierw dokonuję szybkiego przeglądu półki na tzw. podorędziu. Znajdują się tu ubrania do założenia na już. Tzw. wskocz i bądź gotowa w minutę (no dobra, w 5, bo jeszcze trzeba dobrać bieliznę), bez większego kombinowania dodatków.

Niestety zdarza się też tak, że podorędzie zostało wyczerpane. I co dalej? Sięgam głębiej, wyżej, ostatecznie (gdy szybki research wieszaków nie dał zadowalających efektów) schylam się do niższych półek. Ta bluzka wymaga prasowania. Odpada, bo żelazko to mój wróg. Szczególnie, gdy powinnam wyjść już 15 minut temu. To może tunika? Tylko gdzie są legginsy… Nie, nie te w kwiatki! Ani te czerwone, w kropki, ciapki, ani skórzane wstawki! Inaczej będę musiała kombinować z butami.

Spokojnie. Nie, żebym nie miała w czym wybierać 🙂 Po prostu nowa szafa, to nowa Narnia. I znów nieubłagane tykanie zegara przy sprawdzaniu, które zestawienie jest najlepsze. Te za wysokie. Te obcierają. Tamte zbyt krzykliwe…

Wracając do ciuchów. Legginsy idealnie pasujące do tuniki zostały zlokalizowane. Wynik: +3 minuty w plecy, ale liczy się znaleźne. Do tego wielki plus, w postaci balerinek, które pasują prawie do wszystkiego. Nie musze więc grzebać za alternatywą. Szybki rzut okiem w lustro przed samym wyjściem i dochodzę do wniosku, że kolor torebki dziś nie jest trafiony. Więc szybka ocena sytuacji: przebrać się, czy przepakować torebkę?

Cholera. Zamiast na siłę brnąć do kuszącej, aczkolwiek dla mnie utopijnej, wizji szafy kilku ciuchów idealnych, pozostanę przy swojej Narni. Ona też jest idealna. Na swój sposób oczywiście. Mogę z niej wygrzebać zestaw w każdym kolorze, na każdą pogodę, na każdą porę roku, na wahnięcia wagi w górę lub w dół.

A wszystko to w co najmniej kilku wariantach! Co tam ubraniowy minimalizm! Która z nas nie marzyła o tym, by mieć w domu sklep? 🙂

fot. mycity-web.com

Dodaj komentarz

Top